środa, 29 października 2014

"Miłość na marginesie" Yoko Ogawa

Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 208
Rok wydania: 2011

Ma 24 lata. Pewnego dnia uszy przestały się jej słuchać. Najmniejszy szelest brzmiał jak kataklizm.
Podczas wywiadu dla redakcji czasopisma medycznego poznaje stenografa. Z czasem ich spotkania zamieniają się w terapię pamięci. Stenografia staje się zapisem straty, ale na marginesie kartek pokrytych notatkami rodzi się uczucie. Miłość rozpięta między ciszą a dźwiękiem, opowiedziana szeptem.

„Miłość na marginesie” okazała się specyficzną książką, która wzbudziła we mnie mieszane uczucia, wywołując przy tym całkiem pokaźną ilość refleksji. Czy Europejczyk jest w stanie prawidłowo odebrać i zrozumieć powieść autorstwa japońskiego pisarza? Wychowujemy się w całkiem innej kulturze i tradycji, nie jesteśmy więc w stanie wyłapać wszystkich kulturowych niuansów i nawiązań, które dla Japończyka będą czymś oczywistym. Wysoce prawdopodobne jest również to, że zachowanie czy motywacje bohaterów w wielu wypadkach będą dla nas dziwne i niezrozumiałe. Nie będę udawała, że powieści Ogawy mnie zachwyciła, że zrozumiałam wszystkie osobliwe zdarzenia, które stały się udziałem głównej bohaterki. Ta książka jest dziwna, panuje w niej atmosfera niesamowitości, a także pewnego absurdu – fiksację na punkcie uszów czy palców w najlepszym wypadku uznamy za nieszkodliwe dziwactwo, w najgorszym stwierdzimy, że bohaterka jest niezrównoważona.

O głównej bohaterce powieści wiemy niewiele. Dwudziestoczteroletnia kobieta cierpi na nietypową głuchotę czuciowo-nerwową: słyszy dźwięki, których nie ma, a dźwięki o normalnym natężeniu sprawiają jej chorym uszom ból. Na spotkaniu zorganizowanym przez czasopismo medyczne bezimienna bohaterka spotyka stenografa Y., jego zapisujące słowa palce stają się obiektem fascynacji chorej kobiety. Między nią a stenografem zawiązuje się dziwne uczucie. Nie wygląda ono na miłość, to dziwny rodzaj przywiązania bohaterki do palców mężczyzny. To właśnie palce definiują postać Y., one stają się obiektem osobliwej fascynacji chorej na uszy kobiety porzuconej przez męża.

Fabuła powieści rozwija się spokojnie i sennie, składają się na nią przemyślenia bohaterki, jej wspomnienia z odległego dzieciństwa, kolejne nawroty choroby, które stają się dla niej coraz mniej dokuczliwe. Bohaterów powieści cechuje powściągliwość w okazywaniu i wyrażaniu uczuć, jednocześnie są oni zadziwiająco otwarci, kiedy rozmawiają z obcymi ludźmi o swoich przypadłościach.

Powieść Ogawy mnie zafascynowała i zaintrygowała, choć wiele rzeczy było dla mnie obcych i niezrozumiałych. Zdziwiła mnie fascynacja (niemal fiksacja) głównej bohaterki na punkcie własnych uszów i palców Y., zarazem fascynował mnie sposób narracji pisarki - skupienie się na szczegółach, przywiązywanie wagi do detalów. Fabuła utworu jest monotonna, ale nie brakuje w niej subtelnej sensualności. Najmocniejszym i zarazem najsłabszym punktem powieści było jej zakończenie, które z jednej strony zaskoczyło mnie pewnego rodzaju zwrotem akcji, z drugiej niestety było niedomknięte. Ogawa pozostawiła czytelników z całą masą pytań dotyczących bohaterów. Brakowało mi w tej opowieści konkretnego, zamykającego i wyjaśniającego wszystkie wątki zakończenia.
 

sobota, 18 października 2014

"Moja cesarzowa" Da Chen

Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 288
Rok wydania: 2012

Miłość i obsesja - dwie kobiety, dwie nieujarzmione żądze. Kiedy Pickens zobaczył po raz pierwszy Annabell, od razu wiedział, że ta dziewczyna zawładnie jego życiem. Zmysłowa i delikatna, jakby utkana ze złotych nici chińskiego stroju, który nosiła na pamiątkę dziecięcych lat spędzonych w imperium. Ale czy taka miłość w ogóle może się dokonać? Kiedy Annabell ginie w pożarze, Pickens jest przekonany, że jej duch opętał jego ciało i steruje życiem. Annabell chce, by wrócił do ukochanych Chin. Chce, by spotkał łudząco do niej podobną Qui Rong. Chce, by w ten sposób ich miłość pokonała śmierć.


Zastanawiam się, czy Janet Fitch – autorka „Białego oleandra” – czytała powieść, którą w taki oto sposób zachwalała czytelnikom na okładce książki:

Da Chen jest przewodnikiem po najskrytszych zakątkach ludzkiego serca. To czyste piękno strona po stronie.

Nie pozwólcie się zwieść tym słowom pochwały. „Moja cesarzowa” Da Chena to wulgarna powieść, w której pisarz bardzo mocno czerpie z „Lolity” Vladimira Nabokova. Jeśli ten utwór jest jakimś przewodnikiem, to prowadzi  nas po zepsutych zgniliznach zboczeń ludzkiej psychiki. To czysta wulgarność strona po stronie.

Samuel Pickens, spadkobierca fortuny Pickensów zakochuje się w dziewczęciu o imieniu Annabelle (tak samo miała na imię pierwsza ukochana Humberta Humberta z „Lolity). Młodym nie dane jest jednak zaznać rozkoszy związku, gdyż miłość życia Pickensa ginie tragiczną śmiercią (podobnie jak w „Lolicie”). Bohater dostaje obsesji na punkcie zmarłej niedoszłej kochanki, czuje że jej duch go opętał ( i znów wątek jak z żywca wyjęty z Lolity). Opętany rządzą Pickens swe rozbudzone potrzeby wyładowuje na manekinach wyobrażając sobie, że oto właśnie doznaje spełnienia ze swą słodką Annabelle. W bohaterze rodzi się potrzeba wyjazdu do Chin, gdzie dorastała miłość jego życia, jego nemezis. Dzięki przeróżnym staraniom, po latach udaje mu się w końcu zdobyć posadę guwernera chińskiego cesarza.

Pickens zamieszkuje w Zakazanym Mieście, gdzie spotyka niespełna trzynastoletnią czwartą żonę cesarza, która łudząco przypomina jego zmarłą miłość. Bohater popada w obsesję na punkcie dziewczynki, która jak na swoje lata zachowuje się bardzo prowokacyjnie i wyzywająco. „Moja cesarzowa” to wypisz wymaluj nowa wersja „Lolity” z akcją osadzoną w dziewiętnastowiecznych Chinach.

Da Chen zniesmacza czytelnika wulgarnymi opisami różnych dewiacji seksualnych. W tej powieść zabrakło mi jakiejkolwiek finezji. Bohaterowie są postaciami na wskroś zepsutymi i odpychającymi. Niesmaczny wątek erotyczny wybija się na pierwszy plan przytłaczając wszystkie inne. Autor wprowadził do powieści wątki dotyczące zarządzania Zakazanym Miastem. Znalazło się w fabule miejsce na pałacowe intrygi, tajemnice i obecność elementów nadprzyrodzonych, niestety te fabularne ubarwienia niknęły w cieniu dominującego nad wszystkim wątku erotycznego.  

Jeżeli poszukujecie subtelnej opowieści o Chinach, to omijajcie „Moją cesarzową” szerokim łukiem.
 

poniedziałek, 13 października 2014

"Nazywam się Numer Cztery" Ting-xing Ye

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 208
Rok wydania: 2010

Autobiograficzna opowieść o chińskiej dziewczynce, rzuconej w wir okrutnej "rewolucji kulturalnej", rozpętanej przez Mao w latach 1960. Ting miała kilka lat, gdy władze uznały jej ojca za kapitalistę i pozbawiły prywatnej fabryczki. Wkrótce rodzice umierają, zostawiając Ting z czworgiem rodzeństwa bez środków do życia. Niebawem dziewczynka zostaje oddzielona od najbliższych i zesłana na wieś do obozu pracy. Przejmująca historia dziecka, które w czasach terroru Czerwonej Gwardii musiało nauczyć się tylko jednego: jak przeżyć.

„Nazywam się Numer Cztery” to utwór o  autobiograficznym charakterze, w którym Ting-xing Ye, obywatelka Chin mieszkająca obecnie razem z mężem w Kanadzie, zamieściła swoje wspomnienia z czasów, w których wybuchła rewolucja kulturalna Mao.

Ting-xing przyszła na świat  w roku 1952 w Szanghaju, była czwartym z piątki dzieci państwa Ye, dlatego nazwano ją Ah Si co znaczyło Numer Cztery. Rodzinie Ye powodziło się do roku 1956, wtedy to rozpoczęła się nacjonalizacja gospodarki, a ojciec pisarki został zmuszony do sprzedania należącej do rodziny fabryki za bezcen. Sytuacja rodziny znacznie się pogorszyła, kiedy na skutek nieudolnie przeprowadzonej operacji Rongting Ye został sparaliżowany, by następnie po trzech latach cierpień umrzeć w roku 1962. Los nie oszczędzał rodziny Ah Si, zaledwie po trzech latach od śmierci głowy rodziny, zmarła także matka pisarki – Xiufeng Li. Opiekę nad sierotami, które od tamtej chwili musiały utrzymywać się praktycznie same, przejęła służąca rodziny, nazywana przez piątkę rodzeństwa cioteczną babką. Niespełna rok po śmierci matki w rodzinę Ye, a szczególnie w prawdomówną Ah Si, uderzył kolejny cios. Wybuchła rewolucja kulturowa, a niewinne dzieci płaciły za to, że urodziły się w rodzinie kapitalistycznej.

Chiny opanowało szaleństwo. Ting-xing wspomina jak młodzi uczniowie, którzy przystąpili do „Czerwonej Gwardii” znęcali się nad swoimi nauczycielami, jak hasła i nauki Mao wczepiały się w dusze młodych ludzi, którzy z oddaniem i uwielbieniem wypełniali polecenia Przewodniczącego. Celem ataku mógł stać się każdy. Każdego można było oskarżyć o występek, działanie wywrotowe, czy działalność na szkodę rewolucji Mao. Niszczone były bezcenne zabytki kultury, których obecność była uważana za przejaw burżujstwa. W szkołach zawieszone zostały normalne zajęcia, rozpoczęła się polityczna indoktrynacja młodych ludzi.

Ting-xing Ye relacjonuje czytelnikowi pierwszy etap swego życia, który przypadł na trudne i niespokojne czasy. Pisarka dzieląca się z czytelnikami swoimi wspomnieniami robi to w sposób – odnoszę takie wrażenie – zdystansowany. Młoda Ah Si nie jest ani zagorzałą propagatorką rewolucji ani  przeciwniczką. Nastoletnia dziewczyna dostosowuje się do warunków panujących wokół niej, a ja zastanawiam się, czy pisarka nie zachowała dla siebie niektórych przemyśleń czy uczuć, które jako młoda dziewczyna mogła odczuwać w związku z rewolucją. Czy Ah Si, tak jak inni, była zafascynowana rewolucją kulturową, a może niesprawiedliwe traktowanie jakiemu została poddana ona i jej rodzina sprawiły, że odczuwała ona wewnętrzny opór w związku z zachodzącymi zmianami i działaniami „żołnierzy” Mao? A może rzeczywiście „Nazywam się Numer Cztery” to zapis wspomnień kobiety, która starała się przede wszystkim normalnie żyć w podłych czasach, w których każdy mógł stać się ofiarą fałszywych oskarżeń i donosów, i nie powinnam doszukiwać się w tym utworze przemilczeń?  Niezależnie od tego, jak brzmiałaby odpowiedź na powyższe pytania, nie zmieni to faktu, że „Nazywam się Numer Cztery” jest poruszającą książka, która pokazuje, jak idee jednego, charyzmatycznego człowieka mogą wpłynąć na proste społeczeństwo poddawane indoktrynacji od najmłodszych lat.

„Nazywam się Numer Cztery” to zapis wspomnień młodej dziewczyny przefiltrowany przez umysł dojrzałej kobiety. Ting-xing Ye daje czytelnikom możliwość spojrzenia na rewolucję kulturową oczami przeciętnej obywatelki Chińskiej Republiki Ludowej, która miała to nieszczęście, że urodziła się w nie tej klasie społecznej, w której trzeba. Pisarka nie demonizuje rewolucji ani jej nie gloryfikuje, pokazuje ją z perspektywy obywatela niezaangażowanego politycznie i ten fakt mi się spodobał.
 

środa, 1 października 2014

"Śmiech w chmurach" tom 1, KarakaraKemuri

Tytuł oryginalny: Donten ni Warau
Wydawnictwo: Waneko
Gatunek: akcja, fantasy, historia
Rok wydania: 2014


Dokładnie 15 września polski rynek mangowy, za sprawą wydawnictwa Waneko, wzbogacił się o pierwszy tom nowej serii  - „Śmiech w chmurach” – autorstwa mangaczki sygnującej swoje komiksy jedynie imieniem Karakarakemuri. Manga wywarła na mnie całkiem pozytywne wrażenie.

W „Śmiechu w chmurach” mamy trochę niestandardowy układ historii. W pierwszym tomie autorka zamieściła tylko jeden rozdział głównego nurtu opowieści, kolejne dwa rozdziały to dodatkowa historia, która przenosi czytelnika do dalekiej przeszłości. W pierwszym rozdziale zostają nam przybliżone sylwetki głównych bohaterów mangi. Rok 1878, jedenasty rok epoki Meji, w Świątyni Chmur położonej w Ootsu w prefekturze Shiga mieszkają trzej bracia Kumou zajmujący się transportowaniem kryminalistów do więzienia położonego w drzewnej fortecy. Chłopcy pomagają także w chwytaniu przestępców, którym udało się zbiec eskorcie.

Tenka, Soramaru i Chuutarou to dość zróżnicowane charakterologicznie rodzeństwo. Najstarszy z braci wydaje być się lekkoduchem, młodszy Soramaru ma kompleksy na punkcie swojej siły i ciągłych porażek podczas ćwiczeń odbywanych z Tenką. Chuutarou najmłodszy z braci ślepo zapatrzony w starsze rodzeństwo jest słodko naiwny, a jego zachowanie jest jednym z głównych nośników komizmu w mandze. Obok głównych bohaterów pojawia się jeszcze opanowany opiekun świątyni Shirasu Kinjou. W pierwszym rozdziale mamy również sporo postaci epizodycznych. Autorka w tej części zaledwie wprowadza nas w fabułę i wątki, które zdecydowanie będą miały swoją kontynuację, a teraz są jedynie lekko zarysowane.

Kolejne dwa rozdziały noszące tytuł „Ulotny śmiech” zawierają w sobie historię, która została narysowana przed powstaniem „Śmiechu w chmurach”. Akcja tej części toczy się 600 lat przed wydarzeniami przedstawionymi w pierwszym rozdziale mangi. Historia koncentruje się na pokazaniu miłości niejakiego Hirariego do młodej kobiety – Botan - należącej do grupy egzorcystów. Towarzyszami Botan są Kiyotsuna Sasaki oraz przodek trójki braci Kagemitsu Kumou. W pobocznej historii zostaje poruszony wątek  przeklętego węża Orochi – podejrzewam, że wątek potwora budzącego się co 300 lat będzie w jakiś sposób wpleciony w główny wątek opowieści o trzech braciach.

Wydanie „Śmiechu w chmurach” jest staranne. Niemal wszystkie onomatopeje zostały elegancko usunięte i przetłumaczone – krzaczki widziałam bodajże na jednej stronie. W komiksie nie ma wewnętrznych marginesów, ale tomik nie jest mocno zbity, więc stron nie trzeba rozchylać na siłę. Pod matową obwolutą znajdują się trzy zabawne mini komiksy.   

Rysunki stworzone przez KarakaraKemuri są przyjemne dla oka. Historia dopiero się rozkręca, więc ciężko powiedzieć coś konkretnego o fabule, muszę jednak przyznać, że mangaczka potrafi rozbudzić i utrzymać zainteresowanie czytelnika.

Na tej stronie - KLIK - możecie obejrzeć pierwszy rozdział mangi.